Pierwsze kartki z pamiętnika …

Nie podoba mi się ta grupa terapeutyczna, mówię do mojej psycholog. Kompletnie nie rozumiem w jakim celu tam siedzimy i oddychamy. 

Masz prawo czuć się niekomfortowo czy to z grupą czy z lekarzem odpowiedziała moja Thu. Zapiszę Cię na inną grupę.
Ja chcę uczestniczyć w takich zajęciach,które pozwolą mi zrozumieć co się ze mną dzieje, dlaczego nie mam ochoty wyjść z domu, odebrać telefonu. Rozpłakałam się.
Dlaczego jeszcze nie tak dawno miałam tyle energii, że mogłam góry przenosić a dziś jestem jak warzywo?

Ta grupa powinna Ci pomóc, zachęcała Thu.
Ok, pójdę na to pierwsze spotkanie i zobaczę.

A Twoi znajomi ? Masz koleżanki,które mogłyby Cię gdzieś zabrać do kina, kawiarni, czy możesz gdzieś wyjechać, zmienić otoczenie….dopytywała terapeutka.

Wracam do domu i cały czas w głowie mam naszą rozmowę… Ja naprawdę nikogo tu nie mam.

Właściwie dość krótko od przyjazdu do Stanów zaczęłam pracować i nie miałam czasu na zawieranie znajomości.
Przyjaźnie trzeba pielęgnować a ja walczyłam cały czas o przetrwanie.
Powraca w myślach mój przyjazd tu, powód mojego wyjazdu z Polski. Wszystko, śmierć męża i od niej w odstępie 3 lat tragiczna śmierć mojego ukochanego 20 letniego starszego synka…

To był instynkt. Wpadłam do domu po wykładach z prawa imigracyjnego USA i krzyknęłam do syna -wyjeżdżamy !!!! Gdzie? Zapytał ze zdziwieniem….

Wyjeżdżamy stąd, damy radę, dłużej już nie wytrzymam, nalegałam. Wyjeżdżamy do USA, mam wiadomości z wykładu na uczelni i Ty sobie poradzisz z angielskim odpowiedziałam.

Kuba mówił dość dobrze w tym języku, gdy miał lat 16 to wysłałam go na rok szkolny do Stanów Zjednoczonych.

Po śmierci mojego dziecka zapisałam się na studia aby nie zwariować, wykłady były w soboty i niedziele a w tygodniu prowadziłam firmę, która została po mężu.
Dobrze mamuś, tylko zdam maturę i wyjedziemy. Tak, musieliśmy poczekać aż ten etap jego nauki się skończy.
Jak to dobrze,że kiedyś zdecydowałam się na drugie dziecko…

Nie miałam nikogo w USA kto mógłby mi pomóc. Ani rodziny ani znajomych.

Google podpowiedział kontakt do Imigration Office i tak się tu znalazłam. Gdyby wyszukiwarka wskazała San Diego lub Los Angeles to tam byśmy wylądowali.

Kuba poszedł do szkoły a ja łaziłam po ulicach i wychodziłam z szoku. Inny świat zupełnie,inni ludzie. Wszystko inne.

Od garnituru do łachmanów bezdomnych, którzy spali w kartonach i całym ich dobytkiem życiowym była zawartość skradzionego wózka ze sklepu.
To wszystko stanowiło nieodłączny obraz San Francisco. Miasta z duszą.
Gdzieś grała muzyka, ktoś tańczył. A czasami oferował narkotyki,gdy weszłam w dziwną ulicę.
Miasto dzieliło się na ulice mroczne i te bezpieczne, ale więcej było tych, po których idąc uśmiechałam się podziwiając ten inny świat.

Szukaj biznesu do kupna bo niedługo skończy się wiza turystyczna a jeszcze trzeba aplikować o wizę inwestorską grzmiał Paweł, mój adwokat.

Trudno mi było bardzo, bałam się jeździć tu samochodem, odezwać się po angielsku. Zwroty ze szkoły pamiętam, nawet dość dużo ale weź zacznij mówić ! Niemożliwe.

Moje pierwsze wyjazdy autem były tylko do sklepu.

Co za naród ! Czy ten chłopak ” na kasie ” musi się ciągle pytać ” how are you „?
Nienawidziłam tego, tak strasznie źle się czułam nie mówiąc po angielsku.
Żeby na tym ” jak się masz” się skończyło, co ty! Na moje ” ok” on dalej gadał a ja robiłam głupie miny,gorzej było jak zadał pytanie i czekał na odpowiedź.
Potem było lepiej, zauważyłam, że niektórzy przy kasach gadają przez telefon więc podchodząc do kasy wyjmowałam swój aparat i gadałam sama do siebie.
Wpadłam też na inny pomysł, że będę robiła więcej zakupów to rzadziej będę musiała robić to przedstawienie.
Ale pomysł z gadaniem do siebie był dobry, udawałam bardzo skoncentrowaną to uprzejmy kasjer starał mi się nie przeszkadzać. Tylko marnotrawstwem było kupowanie takiej ilości jedzenia. Oj mnóstwo sytuacji jeszcze było i śmiesznych i tych nie. Więcej tych nie.

Pomyślisz, że to było szaleństwem ten mój wyjazd z kraju, rzucenie się na głęboka wodę, tak, ale nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny…Przeczytasz o tym.

Trudno mi teraz z perspektywy tylu lat ocenić swoje działanie. Naprawdę nie wiem jak ja to zrobiłam.
Mogę Ci tylko powiedzieć, iż wiedziałam , że muszę zrobić coś strasznego, coś niesamowitego, co mnie tak pochłonie i nawet przestraszy ale przestanę się tak zadręczać myśląc wciąż o moim synku…
…może potem, później……teraz nie mogę więcej…

Siedzę ze słownikiem i piszę email do July, agentki, którą wyszukałam w internecie. Ona ma mi pomóc znaleźć biznes.
July chce gadać ze mną przez telefon,tylko nie to.
Kompletnie jej bełkotu nie rozumiem pomimo lekcji z języka na jakie zaczęłam uczęszczać. Zupełnie zresztą za darmo, są tu takie szkoły dla imigrantów i możesz uczęszczać na dość fajne zajęcia.

Jadę do niej, mam nawigacje to trafię. Lepiej sobie poradzę z angielskim tak oko w oko.
Słownik elektroniczny też już mam. Nie minęło dużo czasu i wybrałam biznes, z którym powinnam sobie poradzić.

Potrzebowałam też nowych wyzwań jak i pieniędzy ponieważ środki nam się kończyły. Także klamka zapadła.
Kupiłam ruski biznes, ruski sklep spożywczy !

” To Pani jest ta Polka, która tu sama przyjechała i kupiła biznes, cały kościół o pani mówi. Za mąż pani wyszła ?”( dosłownie cytuję )usłyszałam niespodziewanie kobiecy głos w polskim języku.
Nie proszę pani, odpowiadam, przyjechałam z moim synem i nie musiałam wychodzić za mąż, tak to ja osobiście. Miło mi, że o mnie się mówi bo to reklama dla sklepu pomyślałam.

Pierwsi Polacy, jak się cieszę, będzie dobrze ! Chciałam zdobyć polskich klientów, całą tu Polonię i sprowadzać polskie produkty a nie tylko bułećki,kanfiety i ogórcy itd. Ruski sklep, ruscy klienci to i zamawianie towarów po rusku z hurtowni.

Ten sklep ma nawet kuchnię na zapleczu a ja uwielbiam gotować. W głowie rodzą się kolejne pomysły, obiadki, kanapki i wiele wiele innych.

Już wiem dlaczego kazali nam się uczyć rosyjskiego w szkole, nawet maturę z tego języka zdałam. Zatrudnienie Rosjanek też mi w późniejszym czasie pomogło aby płynnie się komunikować.

Uśmiechałam się często sama do siebie na myśl, że przyjechałam do Ameryki i mówię po rosyjsku. Ba, nawet Kuba zaczął. W gimnazjum nie chciał się uczyć a tu musiał dość szybko ćwiczyć język ponieważ po szkole pomagał mi w sklepie.

imageOj musiałam odgruzować nieźle ten lokal aby można było tam pracować..
Oj mają ci moi Rosjanie mentalność, wszyscy to Żydzi rosyjscy i dobrze im tu się żyje, lepiej niż nam i lepiej niż każdemu innemu imigrantowi.
Za samo pochodzenie dostawali tu zieloną kartę, emeryturę, mieszkanie za dosłownie parę przysłowiowych dolarów, ubezpieczenie medyczne i inne atrakcje.

Na przykład zbierał tych ludzi spod ich apartamentów busik i przywoził ich do dziennego miejsca pobytu, Senior Center, tam mieli i jedzonko i kółka zainteresowań a nawet lekarza.

My też tam byliśmy z naszymi produktami ,to znaczy Kuba targował się ze staruszkami i dziś myślę, że to dobra szkoła życia była dla niego.

Ale mieliśmy nerwy pewnego razu. Jak się inni rosyjscy Żydzi, właściciele sklepów dowiedzieli, że dyrektor Senior Center daje zarobić Polce a nie im to się dopiero zaczęło. Ja ten handel produktami spożywczymi kupiłam wraz ze sklepem ale umowy na to nie miałam, po prostu tylko słowne przyrzeczenie sprzedającego o przejęciu dostaw do tego dziennego domu opieki. Pojechałam na rozmowę do dyrektora Igora.

Tłumaczył, że jest nacisk środowiska aby handel obwoźny należał do ich społeczności. Nie mniej jednak udało mi się przekonać Igora aby mi ten kawałek chleba zostawił.
Również sami seniorzy bardzo nam pomogli, wstawili się za nami ponieważ bardzo polubili mojego Kubę. Później się dowiedziałam dlaczego 🙂

Nie nadaje się chłopak do handlu, oni uwielbiali się targować a On miał miękkie serce …” No co syneczku nie opuścisz babuszce na serku ” albo ” oj jaki ty ładniutki jesteś „itd. Potrafili dziadki się przymilać.
Polubili go też bo grał z nimi w szachy i czasami tu mu się udawało nawet dorobić 🙂
Powiem Wam, że bardzo miło wspominam moich rosyjskich klientów. Ogólnie rzecz ujmując to najwięcej kultury i serdeczności dostaliśmy z Kubą właśnie od Nich. Jestem tu sprawiedliwa.
image

Wkrótce napiszę też o Polakach w Ameryce, szczerze do bólu.

Ps. Apartamentem nazywa się tu każde mieszkanie, niezależnie czy ma jedną sypialnię czy kilka i w jakiej dzielnicy się znajduje.

Napisano w Kartka z pamiętnika Tagi: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*