Nerwica natręctw

Poruszający list o nerwicy natręctw.

Poruszający list o nerwicy natręctw.

Pewien miły Pan napisał do mnie list i zgodził się na jego publikację.
Jestem mu wdzięczna ponieważ nie miałam świadomości o istnieniu tego rodzaju depresji.
Oboje mamy nadzieję, że ten wpis komuś pomoże.

Ten list szczególnie polecam Rodzicom, którzy myślą, że dzieci nic nie rozumieją….

” Pomyślałem, że napiszę o tym jak to wygląda z perspektywy chorej osoby, czego taka osoba potrzebuje i jak może wyglądać życie chorego. O Czynnikach biologicznych można sobie poczytać, a ja nie mam też takiej wiedzy.

W sumie zmagam się z tym od 12 lat, więc jest o czym pisać, niektórych rzeczy już nawet nie pamiętam.

Więc nerwicę natręctw, dzisiaj określaną jako OCD, stwierdzono u mnie mniej więcej w wieku 15 lat. Wcześniej już w dzieciństwie często nachodziło mnie uczucie nieuzasadnionego lęku, w sumie już w przedszkolu chyba. Później w okresie dojrzewania, obawy związane z chorobami, wyrzuty sumienia, poczucie winy za to jaki byłem.

Sytuacja rodzinna wyglądała mniej więcej tak, że rodzice nie dogadywali się od zawsze. Wiecznie kłótnie, żale, głośne awantury, szarpanie, trzaskanie drzwiami, krzyki. Rzadkością były momenty kiedy było normalnie. Mama zawsze była wycofana, z perspektywy czasu wydaję mi się, że miała nerwicę i chyba depresje. Często wydawała się obojętna na nasze sprawy, skupiona na sobie, swoich odczuciach itd. Z kolei ojciec był typowym cholerykiem. Jak było dobrze to było ok, ale jak coś nie po jego myśli to dostawał szału. Nigdy nie wiadomo było jak się zachowa, czy będzie miły czy za chwilę będzie krzyczał. Zawsze obwiniał mamę za to jaka jest nasza rodzina i za to jacy my jesteśmy. Uważał, że nie mamy dyscypliny itd. Często byliśmy swego rodzaju powiernikami rodziców w ich relacjach, tłumaczyliśmy mamie, że czasami musi odpuścić, pójść na kompromis, wysłuchiwaliśmy ojca i jego żali, że miłość jest ślepa, mama jest nieudacznikiem, beztalenciem, że jest leniwa, że chodziliśmy osrani jak byliśmy mali. Na te zarzuty nawet nie wiedziałem co mam powiedzieć, byłem bezsilny, nie potrafiłem powiedzieć ojcu jak wielką krzywdę tym mi robi. Owszem czasem było lepiej, nawet zdarzało mi się myśleć, że jest fajnie, ale to było wręcz nierealne i faktycznie po kilku dniach czasami tygodniach wszystko wracało do porządku dziennego. Mniej więcej w takich realiach przyszło nam się wychowywać. Nie brakowało nam pieniędzy, na pewno nie brakowało by ich gdyby rodzice się kochali i próbowali wieść udane życie, ale zawsze miałem poczucie, że jestem gorszy od kolegów. Wstydziłem się tego co się dzieje w domu, zacząłem się wstydzić swojej mamy, bałem się kiedykolwiek zaprosić jakiegoś kolegę do domu, bo nigdy nie wiedziałem co tam zastanę. Wśrod dalszej rodziny od dziecka postrzegali mnie jako nieudacznika, dziecko które nie potrafi się nigdy odezwać. Wiele lat było mi przykro, potem zaczęło mnie to też stresować i jednocześnie denerwować. Zacząłem mieć lęk przed rodzinnymi spotkaniami. Nie bałem się wszystkich, lubiłem towarzystwo osób wśród których czułem się dobrze, które mnie nie oceniały. Ale czułem ogromny lęk i stres przed spotkaniem ludzi, którzy są dla mnie jakimś tam autorytetem i są dla mnie ważni, a postrzegali mnie jako mruka.
Wśród znajomych było różnie nie izolowałem się całkowicie, ale zazwyczaj trzymałem się na uboczu. Zdarzało się, że byłem obiektem kpin i wyśmiewania, a niekiedy głupich żartów i psychicznego znęcania się. Niektóre sytuacje bardzo mocno na mnie wpłynęły i nie potrafiłem sobie z nimi poradzić przez lata. W niektórych miejscach czułem się niechciany, nielubiany i wyśmiewany. Bałem się nawet mijać takie osoby na ulicy, szybko nauczyłem się unikać pewnych sytuacji, żyć w strachu, który kierował mną i podpowiadał którędy wracać ze szkoły, do jakiego pójść sklepu, czy wyjść teraz z domu, czy poczekać chwilę, aż ktoś sobie pójdzie. W takim wspaniałym klimacie zaczęło mijać mi życie od 4 klasy podstawówki po dzień dzisiejszy praktycznie.

Jako nastolatek zawsze dbałem o higienę, w sumie to można powiedzieć, że przesadnie, ale nie wykraczało to poza normy i nie było to dla mnie uciążliwe.
Jednak w pewnym momencie straciłem nad tym kontrolę. Wszystko zaczęło się w 2 klasie gimnazjum. Musiałem myć ręce coraz częściej, coraz dokładniej. Po każdej czynności praktycznie, Wszystko zaczęło wydawać mi się brudne. Jeżeli jakiś przedmiot spadł mi na podłogę to musiałem go wyrzucić, albo przynajmniej umyć ręce po podniesieniu go. To był dla mnie coraz większy przymus i coraz bardziej męczący. Mycie rąk było takim rozładowaniem napięcia, jeżeli nie mogłem tego zrobić, to odczuwałem coraz silniejszy stres. Nie siadałem na ławkach, w miejscach publicznych, w autobusach nie trzymałem się nawet poręczy, opierałem się o coś tak, żeby nie dotykać niczego rękami. Jeżeli uważałem, że moje ubrania się zabrudziły to prałem je po kilka razy, albo wyrzucałem, sam musiałem brać prysznic kiedy czułem się brudny. Przed wyjściem z domu po przyjściu do domu. Średnio 3-4 razy dziennie. W określony sposób, Butelka żelu pod prysznic albo szampony starczała mi na 1-2 dni, tak samo z mydłem. To był obłęd. Zacząłem wyrzucać też inne przedmioty nie tylko ubrania, talerze, rzeczy członków rodziny. Doszło do tego, że szantażowałem bliskich, żeby umyli ręce po przyjściu do domu z pracy czy ze szkoły. Jak ktoś nie chciał tego zrobić to panikowałem, denerwowałem się, a w środku odczuwałem ogromny stres. To był dla mnie koszmar, ale też dla rodziny, bo na nich się to też mocno odbijało. Wiedziałem, że nie mogę innych terroryzować, ale to było silniejsze. Nie chciałem być uciążliwy, ale ważne było dla mnie, żeby mieli na względzie moje obawy i myli ręce przed posiłkiem, albo po przyjściu do domu.
Byłem już tym mocno zmęczony, do tego stopnia, że przestałem normalnie wykonywać swoje obowiązki. Unikałem sprzątania, zmywania naczyń i tym podobnych czynności, żeby nie wpaść w obłęd ciągłego mycia rąk poprawiania przedmiotów i wyrzucania, jak coś upadło mi na ziemię to podnosiłem to nogą, żeby już nie musieć myć rąk. W okresie wakacji nie wychodziłem z domu czasami przez 3 tygodnie, żeby uniknąć swoich rytuałów. To był koszmar. Biorąc pod uwagę, że byłem zamknięty w sobie, nieśmiały, ale lubiłem mieć kontakt z kolegami, lubiłem sport, spędzanie czasu na dworze ze znajomymi, lubiłem się uczyć i chodzić do szkoły to moje życie mieniło się nie do poznania. W pewnym sensie oczywiście, bo ja wszystko tuszowałem tak, żeby nikt ze znajomych się o tym nie dowiedział. Spóźnienia do szkoły zwalałem na karb swojego lenistwa tak samo inne zaniedbania. Nikt nie wiedział ile sił wysysała ze mnie ta przeklęta choroba.
Do tego miałem ogromne poczucie winy za to jaki jestem w stosunku do mojej rodziny, że muszą to wszystko znosić. Że przeze mnie przychądzą ogromne rachunki za wodę, że ciągle brakuje środków czystości. To pogarszało moje samopoczucie.
Z jednej strony wiedziałem, że to co robię nie jest normalne, ale z drugiej nie potrafiłem inaczej. To dla mnie był taki stres jak stanie nad przepaścią, okrążony przez stado wilków. Z jednej strony wszyscy dookoła chcieli, żebym wyzdrowiał, a z drugiej przepaść, w którą musiałem skoczyć, żeby przełamać swoje lęki.
Ale oprócz takiego bagażu doświadczeń ja jeszcze dokładałem sobie zmartwień i problemów. Chociaż byłem spokojną osobą i stroniąca od niekontrolowanych i bezmyślnych wygłupów, zacząłem pić alkohol. Nie zdarzało się to często, ale też nigdy nie kończyło dla mnie dobrze. Zazwyczaj upijałem się do nieprzytomności. Potem zdarzyło mi się kilka razy palić marihuanę, często w połączeniu z alkoholem. Ten okres nałożył się na moją chorobę i w połączeniu z lekami nie mogło to przynieść dobrych skutków. Siłą rzeczy rodzice byli świadkami tego wszystkiego. A ja miałem jeszcze większe wyrzuty sumienia, uczucie, że wszystkich zawiodłem i czułem odrazę do siebie. Tak upłynęły czasy gimnazjum, ale potem nie było lepiej.
Napiszę o tym następnym razem. Napiszę też nieco o leczeniu i terapii, bo to pominąłem, a to też szeroki temat.

Na razie tyle, trochę się rozpisałem o różnych aspektach życia, w sumie nie wiem czy to przydatne, ale wszystko się przeplata i jest zależne do siebie. Już ciężko mi oddzielać wątki. Mam nadzieję, że Cię nie zanudziłem i coś tam Ci się przyda.”

Dziękuję, że podzielileś się z nami swoją chorobą

Dziękuję, że podzielileś się z nami swoją chorobą

Napisano w Wiem więcej Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*